Syndrom sztokholmski w nauce

Przemęczeni. Czasem poniżani. Niejednokrotnie zmuszani do rzeczy, na które wcale nie mają ochoty. Mieszani z błotem uświadamiają sobie, jak mało znaczą. Nadzieja to jedyne, co trzyma ich przy życiu. Pozwala wierzyć, że ten stan kiedyś minie. Zaciskają zęby i resztkami sił próbują wydostać się z tego miejsca.

W chwili, w której znajdują się już w drzwiach, już stawiają nogę za progiem, już przechodzą przez bramy wolności – zawracają, rezygnując z ucieczki.

Mowa dzisiaj o osobach, które uzależniają się od nauki. Tej nauki, która ma nam w przyszłości ułatwić zdobycie lepszej pracy, podniesienie statusu społecznego czy dać inne możliwości, jak na przykład posiadanie wiedzy przydatnej na co dzień. Bo kto z nas nigdy nie myślał: „Kurczę, ale fajnie byłoby być lekarzem, jak dr House! – dajmy na to. Miałbym swój gabinet, leczył ludzi, dużo zarabiał, łączył ze sobą wszystkie te rzeczy, o których nauczyłem się w szkole, żeby wykorzystać je w pracy. Wszyscy mogliby podziwiać moją wiedzę. Byłoby super! Już widzę te regały pełne medycznych książek… Ale do tego musiałbym zdawać maturę z biologii. Tyle, że ja z biologii mam jedynie cztery na semestr, a więc czekałoby mnie mnóstwo roboty.”

I później pytanie: „Czy w ogóle warto?”. Studia nie dają nam przecież gwarancji zatrudnienia. „Siedziałbym nad książkami całe wieczory, kiedy inni koledzy graliby w piłkę albo pili piwo. Widzieliście kiedyś te wielkie książki o medycynie? Tragedia jakaś.” I znowuż: „No dobra, ale wszystko ma swoją cenę. Nie mogę się tak od razu poddawać. Dobrze, ale jak niby miałbym uczyć się całe dnie biologii, skoro chodzę już na angielski i niemiecki i biorę udział w olimpiadzie chemicznej, więc i z tym mam na dodatkowe zajęcia? Zobaczmy… Mam wolne wtorkowe popołudnia i niedziele. A, no i noce. Więc albo nie miałbym w ogóle weekendu, albo nocy. No i znajomych, bo ucząc się dwa razy w tygodniu to na pewno tej matury nie zdam na tyle dobrze, żeby się dostać. Już teraz widuję się z nimi rzadko. A właściwie to jakie tam są progi punktowe?”.

I w ten (bądź podobny) sposób się to zaczyna. Motywacje mogą być różne, niektórym zależy na dużej wypłacie, innym na samej wiedzy, jeszcze innym na… czymś tam innym, możecie wstawić tu własne koncepcje. Odchodząc już od tego, wydaje mi się, że wszystkich tych ludzi łączy jedna rzecz – oni po prostu muszą się uczyć. Muszą. Mają już angielski, niemiecki, jakieś balety i tańce, piątki z fizyki i matmy, siedzą godziny nad wypracowaniem z polskiego, a w wolnych chwilach czytają książki – poszerzają zasób słownictwa – albo scrollują internety w poszukiwaniu kolejnych porcji wiedzy.

glasses-272399_1920

Na instagramie znajdziecie mnóstwo postów z hashtagami #study #studies #studygram #studyhard #studyblr – od study-tumblr, #studyspo – od study-inspiration… Z tego, co zauważyłam, zazwyczaj tego typu konta prowadzą osoby, chcące dostać się właśnie na medycynę czy profil lekarski. Nic dziwnego – obserwuję wiele takich osób, więc mogę sobie wyobrazić, jak ciężko jest o dobry wynik na maturze z chemii i biologii – dobry na tyle, żeby się dostać. Tego typu konta prowadzą już osoby w wieku trzynastu czy czternastu lat w ramach motywacji do nauki do egzaminu gimnazjalnego! Niejednokrotnie w opcji „Relacje” u góry ekranu (mówię o tym insta-snapie) możemy zobaczyć u nich posty udostępniane w nocy, właśnie w trakcie nauki. Ludzie się nawzajem motywują, pomagają w tworzeniu najlepszych notatek, podpowiadają, jakie książki kupić. Tworzy się z tego taka fajna społeczność. Kiedy ja chodziłam do szkoły, nie było tego typu miejsc, a szkoda 😉

Jak pisałam na początku, nauka potrafi wbić nas w glebę i odebrać jakiekolwiek chęci do życia. Niejednokrotnie gapisz się w ten zeszyt, robisz te zadania i na koniec i tak dostajesz cztery. Albo brakuje ci punktu do szóstki, bo źle odjąłeś. Albo zapominasz najprostszego wzoru z fizyki, a po wyjściu z sali robisz głośnego facepalma, bo przecież TO BYŁO TAKIE PROSTE.

Czasem beczysz nad zeszytem, czasem rwiesz go ze złości na kawałki i rzucasz nim w ścianę. Dzwonisz po kolegach, którzy może jakimś cudem znajdą chwilę, żeby wytłumaczyć Ci to na tyle, że zrozumiesz. Ale czasem jest też noc, więc nie możesz do nikogo zadzwonić, więc jak nienormalny szukasz w panice na facebooku osób, które akurat są dostępne i miały z tym już do czynienia i ryzykując utratę nadziei, że jednak nie jesteś z tym sam, piszesz: „Ej jesteś?” 😀

Na studiach każdy czasem czegoś nie zdaje i to jest fakt. No dobra, nie każdy, ale jakieś 90% na pewno. Nie zawsze jesteś w stanie się wszystkiego nauczyć. Czasem akurat ten temat nie wchodzi do głowy. Czasem masz gorszy moment, głowa Ci pęka i chce Ci się beczeć. Czasem pralka Ci wylewa, lodówka jest pusta, tak samo jak studencki portfel, a Ty zaczynasz myśleć, że popijanie samych energetyków i kawy oraz dopalanie tego papierosami wcale nie jest najlepszym sposobem na zdanie tego głupiego egzaminu.

Na studiach nieraz pokażą Ci też, że wcale nie wiesz tyle, ile myślałeś, że wiesz. Co jeszcze mogłeś poprawić, nad czym nie przysiadłeś, a w którym miejscu Twoje myślenie jest po prostu głupie. To nie jest łatwe, kiedy po tylu latach siedzenia nad książkami uświadamiasz sobie, że wcale nie jesteś taki wszechwiedzący, nie? Potrafi to mocno sprowadzić na ziemię, bo jest to sygnał: Ej, nie jesteś najlepszy. Jesteś po prostu średni. 

I czujesz się wtedy jak ostatni debil, najgorszy przegryw. A tak w ogóle, to najlepiej byłoby iść się zabić. Albo po prostu rzucić te studia, przecież i tak nie zdasz, iść do pracy na jakiś zmywak czy cośtam. Chrzanić to. Jesteś do bani.

self-portrait-532021_1920

Niejednokrotnie dochodząc do tego etapu edukacji ciężko jest też przestawić się na inny model nauczania, który mocno różni się od szkolnego. Nie ma już jednego podręcznika do jednego przedmiotu, nauczyciel nie wypunktuje Ci, co może być na sprawdzianie, no i nie podyktuje notatek. Wiedzę trzeba czerpać zewsząd, dosłownie. Ucząc się do jednego przedmiotu potrafiłam mieć pozaznaczane strony w siedmiu różnych książkach, a i tak dodatkowo korzystałam z Internetu i zapisków koleżanki z wcześniejszych lat – Klaudia, jeśli to czytasz, jeszcze raz dzięki! 😀

Ale to uczucie, kiedy siedzisz na sprawdzianie czy egzaminie i wiesz, że umiesz, musisz to jedynie napisać. Kiedy wynik nie jest taki, jaki być powinien, ale wiesz, gdzie popełniłeś błąd i udaje Ci się go naprawić. Kiedy zdobywasz upragnioną ocenę albo po prostu dajesz radę zdać, chociaż wydawało się to tak bardzo niemożliwe! Jesteś Panem Wszechświata. Tego uczucia nie da się opisać, więc nie będę nawet próbowała, bo sądzę, że każdy, kto kiedyś ślęczał nad książkami o piątej nad ranem wie, o czym mówię. Euforia.

 

Dlaczego syndrom sztokholmski? Przecież każdy zdaje maturę, idzie na studia, kończy i zaczyna pracę, prawda?

No, niekoniecznie. Bo mimo tych wszystkich upadków, łez i napadów furii, zawsze widzisz przed sobą kolejny stopień. Kolejny kierunek, który mógłby przydać się w pracy albo chociaż być interesujący. Już widzisz te nieprzespane noce, notatki rozsypane po całej podłodze, latanie między uczelnią a biurem, hajs wydawany na książki (albo poprawki, to zależy), hajs niewydawany na przyjemności, brak możliwości wzięcia urlopu i odjechania w siną dal na tydzień – bo zajęcia…

Ale widzisz też te chwile euforii. Te, których nie da się opisać. Więc wchodzisz na stronę rekrutacji i klikasz „Weź udział”. No bo przecież warto spróbować. Bo może się uda. Jakoś to wciśniesz w kalendarz. Boże, najwyżej zrezygnujesz, mówi się trudno. A odpoczniesz kiedy? Ech, pewnie po śmierci.

 

Jak myślicie – z czego wynika ta chęć ciągłego uczenia się? To jakieś wrodzone skłonności czy nabyte poprzez słuchanie rodziców w dzieciństwie? Wydaje mi się, że jest to taki typ osobowości, który przez swoje wyniki definiuje siebie. Osiągnięcia są wyznacznikiem tego, jakim jest człowiekiem. Bez nich jest… nikim.

Chętnie poznam Wasze zdanie na ten temat. I chętnie dowiem się, czy staliście przed takimi samymi dylematami przed rozpoczęciem kolejnego etapu edukacji, czy może Wasz proces przebiegł nieco spokojniej 🙂


Jedna myśl w temacie “Syndrom sztokholmski w nauce

  1. Trochę to udramatyzowane, choć nie wątpię, że czasami mamy do czynienia z takimi właśnie osobami. Teraz sam zastanawiam się, czy nie należę do tego typu ludzi: uwielbiam się uczyć. Uczę się jednak rzeczy, które otwierają mi nowe możliwości, nowe horyzonty, pozwalają sięgnąć tam, gdzie to tej pory nie mogłem. Dla przykładu j. angielski – pozwala mi na czytanie książek, które jeszcze nie ma w tłumaczeniu lub nawet nigdy się nie pojawią (a jest ich całe mnóstwo). Albo czytanie stron internetowych, których tematy nie są poruszane na naszym podwórku (jest ich całe mnóstwo!). Albo uczenie się nowej umiejętności zawodowej. Po co? Chcę być dobry w tym robię i chciałbym to robić ze świadomością, że rozumiem mechanizmy mojego klikactwa a tym samym mieć pewność, że nie popsuję komuś czegoś ważnego. Albo doskonalenie gry na instrumencie – muzyka jest moją pasją, chcę to robić, uwielbiam to robić.. itd, itd.. Co gorsze, czuję się z tym dobrze. Choć w moim przypadku z pewnością nie jest to nauka dla nauki..

    Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s