Dwie utracone nadzieje – UWAGA! NARZEKAM!

Jak bardzo jednak myliłam się, myśląc, że młoda, ambitna studentka fizyki będzie mogła znaleźć miejsce dla siebie w roli stażysty w dziale Social Media. Co nie zmienia faktu, że i tak byłoby miło, gdyby słysząc (a raczej nie słysząc) mój głos, zaproponowaliby mi coś do picia. Przeliczyłam się, mając nadzieję na życzliwość – no, nic nowego, można powiedzieć.

Bardzo ciekawym za to okazała się dla mnie forma przeprowadzonej rozmowy, a szczególniej – pytania. Kiedy za piątym razem usłyszałam: „Dlaczego marketing, skoro studiujesz fizykę?” już naprawdę nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć.

Odsyłam jeszcze w tym miejscu do filmu Lewany o tym, dlaczego rozmowy kwalifikacyjne są głupie:

Z drugiej strony nawet się cieszę, że mnie nie przyjęli i w tym samym momencie ubolewam nad losem wszystkich studentów marketingu i zarządzania.

Wyobraźcie sobie tylko – studiujecie trzy lata, aby otrzymać dyplom licencjata. Robicie jakieś projekty, zaliczacie kolejne egzaminy, siedzicie na wykładach, z ogromną nadzieją, że ktoś da Wam szansę na wybicie się po studiach. A kończy się na tym, że macie odpisywać na komentarze i wiadomości na facebooku przez osiem godzin dziennie, przez trzy miesiące, i otrzymać za to wynagrodzenie w ogromnej kwocie niecałego tysiąca złotych. Nie ma nawet jakiegoś szkolenia, czy coś – masz usiąść i wiedzieć, co robić, bo oni nie mają czasu na uczenie Cię czegokolwiek – na naukę masz czas po pracy, albo w trakcie studiów.

Czy naprawdę do odpisywania na komentarze potrzebny jest dyplom licencjata marketingu? Moim zdaniem wystarczyłoby umieć pisać bez błędów i być uprzejmym dla ludzi, którzy potrafią być czasem niesamowicie upierdliwi. Ale co ja tam wiem, studiuję na polibudzie, więc widocznie się nie znam.

Nie będę się nad tym dłużej rozwodzić, bo nie sądzę, aby było warto – jeśli ktoś ma jakieś pytania odnośnie tego, czego mogą od niego chcieć na takiej rozmowie, to proszę dać znać w komentarzu. Odpowiem.

 

Kolejne spotkanie miało za zadanie pozwolić mi wbić się w szeregi firmy zajmującej się automatyką, głównie na obszarze Skandynawii. Zadanie, które miałabym dla nich w przyszłości wykonać, miało polegać na uporządkowaniu pewnych danych. Nic trudnego, powiedziałabym – jako kobieta mam jako takie zdolności organizacyjne, przy czym często wykazuję się irytującym mnie perfekcjonizmem, a więc warto spróbować.

Na rozmowie od razu bardzo zachęciła mnie lista dziesięciu pytań, przygotowana specjalnie pode mnie – dostałam ją na wejściu razem z poleceniem, aby się przygotować, i za chwilę rozpoczniemy rozmowę. Co prawda głos zdążyłam już odzyskać, a i tak zaproponowali mi coś do picia. Miło.

Były to pytania w stylu „dlaczego mieszkasz akurat tu, a nie gdzie indziej”, albo „dlaczego po szkole ekonomicznej zdecydowałaś się na studia na politechnice”. Chciałam już odpowiedzieć: „Just check my wordpress blog!”, ale jednak sobie odpuściłam. 😉

Przejrzałam te pytania, przygotowałam sobie mniej więcej w głowie, co chcę powiedzieć, a potem wysłuchałam kilkunastominutowej opowieści o tym, czym zajmuje się firma. Później, chcąc odnieść się do każdej z rzeczy, które chcieliby o mnie wiedzieć, rozpoczęłam również kilkunastominutowy monolog o sobie, o tym co lubię i o tym, co tu właściwie robię. I to był mój błąd! Naiwna ja 😀 byłam pewna, że skoro są tam pytania o moje zainteresowania bądź o to, czemu zdecydowałam się zamieszkać nad morzem, to rzeczywiście chcą wiedzieć kim jestem i jakim jestem człowiekiem. Trochę zdenerwowana, na sam koniec rzuciłam krótkie: „Ojć, chyba się rozgadałam…”, po czym usłyszałam, że fajnie, że mam na siebie plan, ale rzeczywiście, gadulstwo jest minusem.

Minusem? Skoro nie chcesz, żebym odpowiadała na wszystkie pytania, to po co mi je zadajesz? Chyba, że miałam odpowiedzieć na nie w jednym – dwóch zdaniach.

Nie wiem też, co moje doświadczenie sprzedażowe miało mieć wspólnego z pracą nad dokumentami – no wiecie, definitywny brak konieczności pracy z klientem. Na dłużej nie mieli zamiaru mnie zatrudniać od samego początku, a więc ta kwestia pozostanie dla mnie zagadką.

Nie ma tego złego, co na dobre nie wyszło – pracy w końcu nie dostałam i to pewnie dobrze, skoro już na samym początku źle się zrozumieliśmy 😉 ale wyniosłam z tego doświadczenia cenne wnioski, o których opowiem w kolejnym wpisie.

Wszystkiego dobrego w Nowym 2017 Roku!


3 myśli w temacie “Dwie utracone nadzieje – UWAGA! NARZEKAM!

  1. Oj tam, każdy musi czasami ponarzekać.
    Każda rozmowa daje trochę więcej pojęcia jak rozmawiać z rekruterami. Oni mają swój język i pytania mają inne znaczenie niż to powierzchowne. Zdarza się trafić na kogoś naprawdę ogarniętego, ale lepiej przygotować się na najgorsze.
    Czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy, dobrze się Ciebie czyta.

    Polubienie

    1. Często mamy do czynienia nie z rekruterem, a z osobą zupełnie do tego nieprzygotowaną, stąd zgrzyty… Ale nawet, jeśli mamy do czynienia z kimś, kto robi to zawodowo, to zgadzam się – trzeba przygotować się na najgorsze. Hm, może czas na wpis o moich najgorszych rozmowach rekrutacyjnych? 😉
      Dzięki za komentarz, do zobaczenia 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s